Przewiązki na kampusie w Dejvicích

 To było moje marzenie od dłuższego czasu. No, może marzenie to za duże słowo - marzenia powinny być trudniejsze do spełnienia. Nazwijmy to celem wycieczki. W październiku zeszłego roku prasa zaczęła się rozpisywać o szklanych przewiązkach, które połączyły dwa budynki Wyższej Szkoły Chemiczno-Technologicznej (Vysoká škola chemicko-technologická v Praze) – VŠCHT. Uczelnia ta, założona pod tą nazwą w 1952 roku, ma jednak wcześniejsze korzenie, sięgające aż do XIX wieku (Politechnika). Najczęściej cytowana data to jednak rok 1920.
Spośród wymienionych w haśle na Wiki absolwentów znam tylko jednego - Otto Wichterle 😁

VŠCHT ma trzy główne budynki, a dwa z nich czyli A i B zostały właśnie połączone. Ich adres to ul. Technická, a przewiązki powstały nad ulicą Studentská. Połączone budynki były zaprojektowane przez  Antonína Engela (twórcę m.in. słynnej "Katedry" czyli budynku podolskiej stacji filtrów - vodárny) i od początku w planie były łączące je mostki, ale nie doszło do ich realizacji. Jak miały wyglądać, można zobaczyć pod tym linkiem. 

Ale może spójrzmy na mapę. Najlepiej będzie dojechać metrem do stacji Dejvická (zielona strzałka). Stamtąd czeka nas już tylko krótki spacer ulicą Technicką.


Myślałam, że z lotu ptaka będzie ciekawy widok, ale cóż, sprawa jest zbyt świeża i przewiązek jeszcze nie ma na zdjęciach z mapy.cz

Myślałam też - a raczej miałam nadzieję - że uda mi się zakraść do środka i przespacerować chociaż jednym z tych szklanych mostków... Zapomnijcie. Nie wiem, czy cerberzy z portierni strzegą wstępu na teren uczelni tylko z racji covidu czy zawsze 😁 Coś mi mówi, że to ta druga wersja jest prawdziwa, bo zdaje się widziałam jakieś bramki wewnątrz, czyli pewnie można przejść na podstawie karty magnetycznej dla studentów i pracowników. Cóż, nie to nie, nie pozostało mi nic innego, jak podziwiać nowe konstrukcje z zewnątrz.

Zostały one zaprojektowane przez studio OV-A, które wygrało konkurs w 2017 roku. Mają długość 24 metrów i jak widzimy nie potrzebują żadnej dodatkowej podpory. Z zewnątrz mają postać kryształów, a w środku są kosmicznie białe. Ich przekrój nawiązuje do chemii organicznej, a to do jądra benzenu (nie pytajcie, co to).

Zanim podzielę się zdjęciami, polecę jeszcze kilka artykułów z czeskiej prasy:

- relacja z montażu

- super to wygląda wieczorem

- jeszcze kilka zdjęć

- konstrukcyjne szczegóły można znaleźć tutaj 




























Zdjęcia z 13 sierpnia 2021 roku

Sierpniowa Praga 2021

 

Z dziewiątego pobytu w Pradze wróciłam z niedosytem i przesytem. Niedosyt to wiadomo - zawsze jest, choćby nie wiem, ile się zobaczyło. A przesyt? Hm, przesyt chodzenia 😁 Czyli coś, co nie pierwszy raz się zdarza, ale wiek najwyraźniej odciska swoje piętno coraz bardziej. Dwa tygodnie takiego rytmu wstać, iść, jechać, obiad, wrócić na chwilę odpocząć, znowu iść, jechać - to już chyba dla mnie za dużo. Toteż zaraz po powrocie zmieniłam rezerwację na przyszły sierpień (bo owszem, miałam ją już zrobioną) na dziesięć dni. Oczywiście i tak źle i tak niedobrze, bo mniej się zobaczy, ale może nie będę wracać totalnie wymęczona. Tak bardzo totalnie, że gdyby mnie ktoś zapytał to gdzie byłaś, co widziałaś - nie mogłabym podać wielu konkretów 😂

Najogólniej - tak jak zawsze czyli były miejsca i rzeczy nowe, było trochę powrotów do starych. Nowe niewątpliwie było to, że pierwszy raz przyjechałam do Pragi autobusem (nie był to jednak mój wybór, tylko akceptacja tego, co znalazłam w internecie czyli oferty Flixbusa). Osiem godzin siedzenia ciurkiem to średnia przyjemność, ale okazało się do przejścia. Autobus przyjeżdżał na Dworzec Główny, co też było dla mnie nowością, nie wiedziałam, że tam stają 😀

Pierwsze dwa dni, ze względu na odbywający się w nadzwyczajnym terminie festiwal Open House Praha, były megaintensywne, potem już wdrożyłam (a przynajmniej starałam się wdrożyć) plan lekko utemperowany.

Wypatrywałam oznak covidowej doby...



 

Wypatrywałam ukochanych wież, wieżyczek i kopuł...

Tramwajów...

Domofonów do kolekcji (tu trafił mi się po raz pierwszy domofon horyzontalny)...

Tablic z nazwami ulic...


 

Jak zawsze podczas oprowadzanych wycieczek ciągle doganiałam grupę, no bo wiadomo, zatrzymuję się na zdjęcie, a oni już hyc hyc daleko...

Wkradałam się na obce podwórka i klatki schodowe...

Szperałam w antykwariatach (ale nie że jakoś przesadnie, w sumie przywiozłam 14 książek)...

Przymierzałam się do selfie...

Przejechałam się pociągiem, ale bez celu, ot, aby tylko tradycji stało się zadość (po prostu przechodziłam przez Masaryczkę, skracając sobie drogę - a tu właśnie szykował się do odjazdu) 😁

Oczywiście jeździłam metrem, ale takie pustki spotkałam tylko raz. Ponieważ na mojej trasie nie jeździły tramwaje z powodu prac drogowych, z metra tym razem korzystałam maksymalnie.

Byłam tylko raz w muzeum, a i to przypadkiem - czekałam, aż się w pobliskim kościele skończy nabożeństwo i schroniłam się przed słońcem do Muzeum Pocztowego, gdzie oczywiście oprócz mnie i obsługi nie było nikogo 😀



Czego nie robiłam? Nie chodziłam ani do kina ni do teatru (z tym poczekam, aż się skończy pandemia) - a tu byłam tylko przy okazji zwiedzania budynku.


 Nie fotografowałam ludzi, czego żałuję, no ale stało się.


 

Nie udało mi się dostać do środka, żeby się przespacerować którąś z tych przewiązek. Czy wynikało to z obostrzeń pandemicznych czy w ogóle zasadą jest, że do tych akademickich budynków wstęp mają tylko studenci i pracownicy, nie wiem. 

Udałam się na poszukiwanie fińskich domków, o których reportaż widziałam w programie Z metropole i nawet znalazłam, ale te atrakcyjniejsze, parterowe, były kompletnie zasłonięte przez drzewa i krzewy...


 Co wreszcie zrobiłam?

Szukałam socrealistycznej rzeźby osiedlowej wśród panelaków...

Wreszcie przebyłam drogę z Żiżkowa na Karlin tunelem, którego się bałam... Całkiem niepotrzebnie, może w nocy, gdy jakiś element się tam zgromadzi, to tak 😎

Po Żiżkowie w ogóle sporo łaziłam, zbierając pieczątki do paszportu Wolnej Republiki Żiżkow...


 Pierwszy raz byłam wewnątrz libeńskiej synagogi...

Pierwszy raz wybrałam się poza Pragę (oczywiście do Kerska)...

Pierwszy raz patrzyłam z góry na skrzyżowanie, które codziennie pokonuję...


Pierwszy raz wspięłam się na tę kładkę (i zaraz okazało się, że mój lęk wysokości nie pozwala mi zbliżyć się do balustrady)...

Odkryłam sieć wegetariańskich restauracji, dzięki której nie byłam już skazana na knedliczki 😂

 Pierwszy raz trafiłam na ślad Vontów i Stinadel...


Pierwszy raz podczas mej nieobecności do pokoju wleciał gołąb i długo nie chciał wylecieć, wcześniej obsrawszy dokumentnie firankę (siedział na karniszu nad nią), dzięki czemu nabawiłam się traumy i już nigdy nie zostawiłam otwartego okna wychodząc...


Poznałam nowe słówko - prolézačka...

Jedyną stałą był cowieczorny powrót na ostatnich nogach do domu...



Aż czas zatoczył koło i znów byłam na Hlavní nádraží (jest tam teraz makieta dworca zbudowana z klocków)...

Odjeżdżałam jednak pociągiem - Regio Jet, również pierwszy raz i tu muszę pochwalić: super wygodne fotele (z jednej strony dwa, z drugiej jeden) i mnóstwo miejsca. Czego do tej pory nie rozumiem, bo na bilecie stoi jak byk, że to była taryfa Low cost, a widziałam, że następny wagon był już taki zwykły. Czy Low cost nie znaczy tańszy? Czyli gorszy? To ja takie tańsze i gorsze zawsze bym chciała!

O tym wszystkim (lub prawie wszystkim) oczywiście planuję pisać.

Przewiązki na kampusie w Dejvicích

  To było moje marzenie od dłuższego czasu. No, może marzenie to za duże słowo - marzenia powinny być trudniejsze do spełnienia. Nazwijmy to...