Černínská od Lorety do ulicy Nový Svět


Prawie już na walizce siedzę, jutro rano wyjazd, a tymczasem przypomniało mi się, że blog leży odłogiem. Więc tak na szybko jedynie parę zdjęć w czerni i bieli z maja, z jednej hradczańskiej nie za długiej uliczki.
Należy pamiętać (kto szanuje swoje nogi), żeby pokonywać ją w odpowiednim kierunku czyli tak jak w tytule - od Lorety w dół.
Bo inaczej zadyszka :)

Mapki nie będzie, bowiem konwencja na dziś jest inna kolorystycznie ;) takie różne eksperymenta z ostatniego wyjazdu :)
Specjalnie podałam nazwę ulicy w oryginalnym brzmieniu, żeby można było łatwo ją wygooglować. Nazwa ta ma zresztą związek z pobliskim olbrzymim pałacem Czernińskim (siedzibą czeskiego MSZ), a widoczny na zdjęciach mur po lewej stronie odgradza ulicę od pałacowego ogrodu. Tam, gdzie samotna dziewczyna, widoczny jest fragment ślicznej barokowej perełeczki stojącej w ogrodzie.

A o Nowym Świecie już kiedyś było (tutaj)... i może jeszcze będzie? Być może zawitam w gości do jednej z mieszkanek :)

Na zdjęciu z dwoma panami pnącymi się do góry, a także na kolejnych, jest po lewej stronie dom, w którym mieszka znany czeski artysta, rzeźbiarz, reżyser filmowy - Jan Švankmajer. Jego głowa z wysokości balkonu strzeże ulicy Czernińskiej :)










Trifot Davida Černého w Butovicach

David Černý to rzeźbiarz, z którego dziełami spotyka się każdy, kto przyjedzie do Pragi, choćby na jeden dzień. Uważany jest za skandalistę i prowokatora :) Ja jedne rzeźby (czy instalacje) lubię bardziej, drugie mniej, ale jeszcze nie spotkałam żadnej, która by mi w jakiś sposób przeszkadzała. Wręcz przeciwnie, uważam, że znakomicie wzbogacają przestrzeń miasta. A poza tym - lubię, gdy ktoś sobie lekko drwi z własnego kraju i narodu, lubię niezależne umysły i sądzę, że takie drwinki to wyraz miłości, czego zdaje się nie rozumieć nasza prostacka rządząca partia.
Podczas tegorocznego majowego pobytu wybrałam się śladem dzieł Davida Černého na dwie nieco dalsze wycieczki metrem - linią B.
Dziś pokażę, co zobaczyłam po wyjściu ze stacji Nové Butovice.
Nawet nie potrzebuję podawać adresu, bo ledwo wyjdzie się ze stacji, już w oddali majaczy ten mój dzisiejszy obiekt pożądania.




Przystojniak ów nazywa się Trifot, to orwellowskie monstrum, rzeźba kinetyczna, odsłonięta w 2016 roku.
Ma dwanaście metrów wysokości, a olbrzymie gałki oczne śledzą przechodzących.








Zdjęcia są od Sasa do Lasa, ale Trifot tak mnie zafascynował, że próbowałam rozmaitych trybów i opcji w aparacie, no i taki rezultat :)
Rzeczywiście ma się wrażenie, że ktoś cały czas śledzi Twoje kroki, że jesteś pod kontrolą. To kontrola kamer, ale skąd wiesz, czy gdzieś przed jakimś monitorem nie siedzi człowiek i nie rejestruje Twoich poczynań? Kwintensencja naszych czasów. Wolność kontrolowana.
Obok jest budynek galerii Czech Photo Centre. Wokół stoją ekrany z prezentacją odbywających się tam wystaw... ale czasem Trifot przesyła do nich obraz z którejś z kamer i oto możesz się tam pojawić i Ty, nieświadomy przechodniu!















Bubeneč: Krupkovo náměstí i okolice


Bubeneč to cudności dzielnica, położona po części w Pradze 6, a po części w Pradze 7. Wybrałam się tam w maju 2017, zaciekawiona opisem na stronie Praha Neznámá - oczywiście wydrukowałam go sobie i szłam z mapką, wedle wytyczonej trasy. No co, byłam w Pradze dopiero trzeci raz, to jeszcze nie czas na samodzielną włókę :)
Dojechałam metrem do stacji Hradčanská, a potem przeszłam przez tory kolejowe, a właściwie tor, bo pojedynczy - tak tak, w środku miasta, ze szlabanem jak się patrzy :)


Po przejściu przez tory trzeba skręcić w ulicę wiodącą w prawo, nazywa się Pod Kaštany. Tam zaraz na początku znajdziemy przystanek autobusowy, wsiądziemy w 131 i udamy się na Sibiřské náměstí (tylko jeden przystanek). Można też oczywiście się przespacerować, skoro to tak blisko. Nawiasem mówiąc w okolicy jest fantastyczna dzielnica rezydencyjna, mnóstwo ambasad w starych pięknych willach. Troszeczkę ich obejrzałam w drodze powrotnej, ale i tak muszę tam wrócić.
Dziś jednak skupiam się na starym Bubenču, początku mej ówczesnej wycieczki.
Oczywiście najpierw mapki.




Na placu Sybirskim skręcamy w prawo w ulicę Wolkerovą i po chwili jesteśmy na miejscu czyli na tytułowym Krupkovo náměstí. Co tam zobaczymy?
Szkołę w dawnym ratuszu, parafialny kościół, gospodę, domy, sklepik... ot, wszystko to, co było potrzebne do życia w samodzielnym mieście, jakim był Bubeneč do 1921 roku czyli do swego przyłączenia do Pragi.
Gmina Bubeneč została wcześniej, bo w 1904 roku, podniesiona do rangi miasta przez cesarza Franciszka Józefa I.
Oczywiście odsyłam do skromnego artykułu na Wiki, ale znalazłam teraz stronę poświęconą dzielnicy, którą chyba warto byłoby przestudiować.

Jedźmy po kolei.
Zbliżając się do placu, najpierw spotykamy klasycystyczny budynek, w którym obecnie mieści się galeria sztuki.
Galeria mi się wali na łeb, na szyję, ale okazuje się, że drugie zdjęcie, na którym ją w całości widać, jest co prawda lepiej wykadrowane, ale za to nieostre :) krucafuks, trzeba zawsze robić dziesiątki ujęć, to w końcu coś zostanie... podczas tegorocznego majowego pobytu niby się starałam, przywiozłam prawie 9 tys. zdjęć, a i tak czegoś zawsze zabraknie.
Ale znalazłam jeszcze to:
I tu możemy zobaczyć, że druga strona placu została, za przeproszeniem, spieprzona współczesną zabudową... to fragment szkół, które sobie tu postawili Rosjanie. Szkoły, ambasady (bo o ile dobrze pamiętam, są dwa budynki), cerkiew, wygląda na to, że to było takie centrum rosyjskie/radzieckie, mijałam po drodze sporo ludzi rozmawiających po rosyjsku, a i nazwy ulic też chyba nieprzypadkowo są takie, a nie inne, choćby ten plac Sybirski czy Puszkina. Ale to na razie takie moje domniemania, jeszcze się nie wczytałam w materiały :)

Wracam do galerii. Że to miejsce jest powiązane ze sztuką, widać już z daleka w szczytowym oknie :)
I nie tylko w tym jednym.

A również przy ziemi :)
W tle zresztą jakiś fragment dekoracji klasycystycznej spoczywa w trawie.

Chciałabym mieć takie klameczki w domu.

Obok galerii wiedzie droga do dawnego ratusza, obecnie połączonego z wybudowaną kilka lat później szkołą.
Co nieco o historii obiektu można znaleźć na wspomnianej stronce.
Po obu stronach portalu wejściowego znajdują się rzeźby postaci trzymających herby Czech i Moraw.

Między oknami parteru jest też herb dawnego miasta Bubeneč (patrz zdjęcie u góry postu) - nad murem miejskim z bramą baran ze złoconymi rogami. Rogaty stwór nawiązuje do pierwotnej nazwy, która brzmiała Přední Ovenec. To się wiąże z tym, że niegdyś była tu księża owczarnia. Bowiem już w 1197 roku był to majątek klasztorny, premonstratensów z Teply. W XIII wieku częściowo ziemie te należały do klasztoru św. Jerzego, a częściowo do Hradu.
W jednej z książek znalazłam takie passusy:




















Obok znajduje się kościół św. Gotharda (po polsku Gotarda), niegdyś romański, w obecnej postaci klasycystyczny.


Zazwyczaj fotografuję informacje z drzwi czy gablot obok kościołów, więc wycięłam tu z większego zdjęcia fragment dotyczący jego historii.







































Uwielbiam zegary na kościelnych wieżach (i w ogóle zegary)!
Na wieży kościoła znajduje sie pięć dzwonów, z których największy to Gotthard, odlany w 1775 roku w Pradze.

Obok kościoła stoi mała kapliczka z figurą św. Jana Nepomucena.
Kilka dni temu na fejsbuku na profilu Z metropole umieściłam zdjęcie innej praskiej figury Nepomuka i przy tej okazji jeden z użytkowników podał mi adres strony, gdzie te figury nepomuckie są zebrane, więc się dzielę - tutaj.
Kapliczka pochodzi z XVIII wieku.


Zróbmy jeszcze parę kroków w prawo - zobaczymy wówczas słynną gospodę Na Slamníku.
Ten ścięty róg budynku to pozostałość po dawnych czasach i trudnościach komunikacyjnych, uliczki były wąskie, a furmanki miały mało miejsca na przejazd.
Kultowe miejsce w stylu starej czeskiej gospody, o którym można przeczytać parę zdań tutaj. Niestety trwały tam akurat jakieś prace remontowe, więc nie mogłam nawet zajrzeć do środka.
Ale może wyjaśnijmy sobie genezę nazwy. Slamník to siennik, oczywiście.
Niegdyś we wtorek po Wielkanocy odbywał się w tych okolicach odpust nazywany właśnie Slamníkiem - urządzali go krawcy. Cieszył on się równym powodzeniem jak Fidlovačka na Nuslach, święto szewców. Była to ludowa zabawa wielkanocna, od drugiej połowy XIX wieku licznie uczęszczana przez Prażan ze wszystkich warstw społecznych. Gdy zbliżała się Wielkanoc krawieccy mistrzowie kroili białe płótno na symboliczny siennik i przekazywali materiał czeladnikom i terminatorom, którzy siennik zszywali i zdobili czerwonymi wstążkammi. Wyszywano też na nim młodzieńca z panną. Gotowe dzieło mocowali na stroiku i wychodzili z nim na ulicę. W Bubenči witała ich brama triumfalna. Cały ten pochód z muzyką dochodził na placyk przed kościołem, ten stroik, maik mocowano pośrodku i dookoła tańczono.
Tako rzecze mądra książka Prahou s otevřenýma očima :)
A ja się przy tej okazji dowiedziałam, że tovaryš to czeladnik, a učedník to uczeń, terminator. Że krejčí to krawiec, wiedziałam już z kursu, gdzieśmy przerobili podstawową listę zawodów.

Rzućmy jeszcze okiem na okolice.
Villa Schwaiger to największy oryginalnie zachowany dom, obecnie luksusowy hotel:

A tu jakiś krámeček u Brabčaku, ale Brabčak się do pracy nie palił i było zamknięte mimo środka tygodnia, więc nie wiem nawet, czym handluje.
Pokręciłam się wśród tych uliczek i poszłam do parku Stromovka... ale to już inna para kaloszy.

Černínská od Lorety do ulicy Nový Svět

Prawie już na walizce siedzę, jutro rano wyjazd, a tymczasem przypomniało mi się, że blog leży odłogiem. Więc tak na szybko jedynie parę zd...